Obudziłam
się dopiero w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Światło wpadało
jedynie przez male okienko. Chcialam się podniesć ale coś
krępowało mi ręcę. Byłam zwionzana grubym sznurem. Zaczęłam
się krecić licząc na jakiś efekt. Jednak nic z tego.
-Możesz
próbować- odezwał się ktoś z kata pokoju, zobaczyłam jak z
ciemności wyłania się sylwetka męszczyzny. Na twarzy miał
kominiarkę jednak jego jasno niebieskie oczy były dobrze widoczne.
-Wypuśc
mnie !- krzyknełam dalej próbujac się oswobodzic. W tym momencie
zorientowałam się ze jesteśmy w jakiejś piwnicy, wieć pomyslałam
ze może jest nadzieja ze gdzieś w pobliżu domu są ludzie, którzy
mi pomogą- Pomocy- zaczęłajm się drzeć- Jestem ktoś ?! -po
dłuższym wolaniu zdarłam sobie gardlo i nie mogłam już krzyczeć.
ON siedział na krześle przy małym stoliku na którym stała
szklanka z wodą i dwie świece.
-Możesz
kryczeć do woli- odezwał się spokojnym głosem- nikt cię tu nie
usłyszy,- uśmiechnął się szyderczo.
-Czego
chcę...- powiedział niezdecydowanie wyciągając coś z kieszenie
spodni,- pomyśl czego ja mogę chcieć- przystawił mi nóż, który
przed chwilą wyciągnął, do gardła.
-Nie
wiem- łzy zaczęły płynąć mi po policzkach- naprawdę nie wiem,
nie mam pieniedzy,,,- chciałam pochcamować płyące strużki lecz
nie umiałam- wypuśc mnie proszę cie wypuść- popatrzyłam na
niego błagalnie, schował nóż z powrotem.
-Już
wkrótce się dowiesz czego chce- uśmiechnał się i wyszedł z
pomieszczenia. Zobaczyłam jeszcze tylko jak otwiera drzwi i znika w
jasnym świetle.
„Muszę
coś zrobić!” pomyślałam. Zaczełam rozglądać się po pokoju
szukając … właściwie sama nie wiem czego szukałam, chciałam po
prostu uwolnić się z więzów nie myślałam co dalej.
Jedyne
co mogło mi się przydać to świece. Na szczeście zapomniał
związać mi nogi, więc najciszej jak tylko umiałam przesuwałam
krzesło w stronę stolika. Przyłożyłam obwiązane ręce do
płomyczka, uważałam że liny od razu pękną że będzie jak na
filmach. Nie było... Plomieć był bardzo słaby, więc musiałam
trzmać ręcę bardzo blisko, by były jakieś efekty. Czułam
potworny ból ale nie odsunęlam dłoni nawet na milimetr. Koniecznie
musiałam się uwolnić. Siedziałam tak chyba z godzinę. Już
traciłam nadzieję że to zadziała, Miałam strasznie popażone
ręce, czułam okropny ból, którego nie jestem w stanie opisać.
Już chciałam opuścić ten pomysł i poszukac czegoś innego, gdy
poczułam, że sznur opada. Podniosłam rece i je obejrzałam.
Wyglądały strasznie. Były całe czerwone od krwi, Fragmenty skory
obleciały na ciemnoszarą podłogę. Nie mialam pojęcia co dalej.
Podeszłam do okna... Zobaczyłam ulicę, zaraz potem po drugiej
stronie był las. Wyglądało na to że wcale nie jestem tak daleko
od domu, wydawało mi się że znam to miejsce ale nie potrafiłam
sobie przypomnieć skąd. Piekącymi dłońmi chwycilam zaklamkę by
otworzyć okkno, było na tylke duże że mogłabym przez nie
uciec.okno otworzyło się jak za dotknieciem magicznej różdżki.
Było dość wysoko więc podstawiłam krzeseloko. Wgramoliłam się
na parapet i już po chwili byłam poza domem. Miałam ochote skakać
z radości, jednak wydawało mi się to za proste.
Nie
zastanawialam się nad tym zaczęlam biec w stronę furtki. Biegłam
tak szybko jakby od tego zależało moje życie.... i możliwe że
zależało.... furtka była zamknieta. Wtedy usłyszałam z oddali
JEGO głos:
-Stój-
obróziłam się , zacząlbiec. Nie zważając na potworny ból rąk
zaczęłam wspinać się po płocie. Już miałam przechodzić na
drugą stronę, gdy złamał mnie za kostkę.
-Puszczaj-
szarpłam nogą, ale on tylko ścisnał ocniej, wyjał coś z
kieszeni bluzy, strzykawka... nie zdążyłam powiedzieć ani słowa
wbił igłę w moja łydkę...
Znów
obudziłam w ponurym pomieszczeniu, tylko tą razą przywiązana
bylam do słupa dużo grobszym sznurem.On znów siedział w kacie
przyglądając mi się.
-Niegrzeczna
z ciebie dziewczynka- powiedział ironicznie- chciałaś ode mnie
ucieć i o najlepszego narobiłaś ?- Podszedł i dotknąl mojej
dloni.- Masz szczęście lekarz już tu jedzie.- To oznaczało że
nie chce mnie zabić. Postanowiłam to wykorzystac.
-Skoro
nie chcesz mnie zabić, ani nie trzymasz mnie dla okupu to po co do
cholery jestem ci potzrebna?- ostatnie słowa wykryczałam.
-Ano
jesteś- odezwał się spokojnie siadając na krześle.
-Po
co – spytalam przyciszonym blagalnym głosem.
Nie
odpowiedział.
Około
pół godziny pózniej przyjechał lekaż, obejżał moje rec
powiedział że to nic poważnego i zapisał jakąś tam maść.
On
nie chcąc zapewne zostawić mnie samej po raz drugi zadzwonił do
kogoś, to musial być jego dobry kolega, bo z rozmowy wynikało że
już wcześniej wiedział o wszystkim. Kilka minut później pojawił
się również zamaskowany. Jego czarne loczki wystawaly spod
kominiarki.
-Cześć,
jeste..- zawienił głos jakby przypomniał sobie w jakim jest
położeniu.- a ty ? - zaśmiał się.
-Czy
to ważne- zdenerwowałam się.
Przez
kilka następnych dni pilnowali mnie na zmianę ten pierwszy bardzo
się mną opiekował, nawet czesał mi włosy.
Nie
pamietam ile to dokładnie było dni 7 -8 może 9.W każdym razie już
się nie bałam i zorwazyłam wszystkie opcje ucieczki. Nie było
wyjścia jak czekać.
W
końcu coś się wydażyło, wbiegł do pomieszcenia ten drugi i
wyciągnął teho 1 w ręce trzymał mój telefon. Po chwili kłutni
podeszli do mnie i pokazali mi ekranik.
Na
wyswietlaczu ukazał się numer nialla. … chciał do mnie
zadzwonić. Zrobiłam duże oczy.gdybym mogła już bym
oddzwaniala... Wzięli telefon i napisali na ten numer : Jeżeli
chcesz zobaczyc Katky przyjdż pod klub „vegas” - Teraz bałam
się o niego...
cz.2
~Louisa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz